<h2>Prawo patentowe</h2>
<h2>Prawo autorskie</h2>
<h2>Znak towarowy</h2>
Jak Ci na imię?
Różne szczepy winogron dają możliwość cieszenia się winami różnych gatunków. Mogą być nie tylko wytrawne, słodkie, czy musujące, ale posiadać też... Czytaj dalej
Domena z końcówką
Rozszerzenia - „końcówki” - domen internetowych kojarzą się nam zazwyczaj z elementem „.com” albo swojskim „.pl”. Co ciekawe, obecnie możliwe jest... Czytaj dalej
Autorskie wpadki YouTube’a
Ochrona praw autorskich jest bardzo potrzebną instytucją. Pozwala bowiem autorom przeróżnych dzieł na uzyskiwanie z nich korzyści materialnych i... Czytaj dalej
Znaki towarowe gwiazd sportu
22 sierpnia 2016 r. zakończyły się XXXI Letnie Igrzyska Olimpijskie w Rio de Janeiro. Przez cały czas ich trwania mogliśmy podziwiać wyczyny... Czytaj dalej
Monopol na krokodyla Cocodrillo vs Lacoste
Znaki towarowe znanych marek wyglądają bardzo różnie. Niektóre z nich to stylizowane monogramy, inne – imiona czy nazwiska... Czytaj dalej
prev
next

kancelaria patentowa

Prawa autorskie dla zwierząt?

wtorek, 30 sierpień 2016 09:57

Amerykański plagiat polskiego utworu

Niestety rzadko zdarza się, żeby polskie piosenki czy teledyski do nich zyskały sławę zagranicą. Tym razem ktoś chyba obejrzał – i to niejeden raz – klip do utworu „The Fib” zespołu Rysy. Teledysk ten został w 2015 r. nagrodzony Grand Prix Festiwalu Polskich Wideoklipów „Yach Film”. Jak się okazuje, klip padł ofiarą plagiatu, a połasił się na niego amerykański raper Russ.

W nagrodzonym teledysku oryginalnie występuje młoda aktorka Zofia Wichłacz, znana widzom z „Miasta 44”, polskiego filmu wojennego w reżyserii Jana Komasy, którego premiera miała miejsce 19 września 2014 r., zaś za jego reżyserię zabrał się Filip Załuska. Klip został opublikowany w serwisie Youtube jesienią 2015 r., po czym obejrzało go blisko 500 tysięcy osób. Pokazywano go także na polskich oraz zagranicznych festiwalach, w tym w USA.

Klip do piosenki „The Fib” najwyraźniej spodobał się nie tylko jury festiwalu Yach Film, ale i amerykańskiemu raperowi występującemu pod pseudonimem Russ. Pół roku temu ukazał się w sieci jego teledysk ilustrujący utwór „Losin Control”, obejrzany obecnie 4,5 miliona razy. Edgar Esteves, reżyser klipu do niego, skopiował polską wersję niemal jeden do jednego. Identyczne są opowiedziana w nim historia pary młodych ludzi, rozpoczynająca się w nocy na opuszczonym parkingu, jak i sposób oświetlenia poszczególnych kadrów czy kąt rejestrowania obrazu z kamery. Studio Papaya Films odpowiedzialne za produkcję teledysku grupy Rysy zapowiada w związku z tym podjęcie kroków prawnych, ze względu na naruszenie praw autorskich, w tym żądanie usunięcia amerykańskiego wideo z sieci oraz odszkodowania. 

piątek, 26 sierpień 2016 10:55

Jak Ci na imię?

Różne szczepy winogron dają możliwość cieszenia się winami różnych gatunków. Mogą być nie tylko wytrawne, słodkie, czy musujące, ale posiadać też charakterystyczny bukiet. Winiarzom zależy więc na tym, aby nazwa ich produktu została zapamiętana przez klienta i dobrze mu się kojarzyła, ale też aby nikt inny nie próbował produkować wina pod taką samą nazwą. Nie jest więc niczym niezwykłym, że w Australii i Nowej Zelandii producenci wina zaczęli rejestrować własne nazwiska jako znaki towarowego dla ich produktów.

Niektóre przykłady nazwisk używanych i zarejestrowanych dla wina jako znaki towarowe w Nowej Zelandii to Babich, Giesen, Yealands i Mazuran, w Australii McWilliams, Taylors , Penfolds i Byrne, aby wymienić tylko kilka. Taka praktyka jest jednak dość powszechna i na starym kontynencie. Tam nazwiska zarejestrowane jako znaki towarowe związane są głównie z producentami szampana, takimi jak Bollinger czy najbardziej znanymi Veuve Clicquot (franc. wdowa Cliquot), Dom Perignon , Moët et Chandon i Louis Roederer, które są nazwiskami ich założycieli.

Niełatwo jednak zarejestrować znak towarowy w postaci nazwiska. Przykładowo, nowozelandzka ustawa o znakach towarowych wymaga, aby nazwisko, które ma być zarejestrowanym znakiem towarowym, również miało charakter odróżniający.  Nowozelandzki „Kowalki” nie uzyska więc zgody na rejestrację nazwiska jako znaku towarowego. Konsumenci muszą bowiem kojarzyć to nazwisko z towarami lub usługami danego producenta. Jeżeli zaś znak towarowy zawiera nazwisko lub podpis żyjącej osoby, wymagana jest pisemna zgoda tej osoby na rejestrację tego znaku towarowego. W Australii zaś oceniana jest powszechność nazwiska, które ma być zarejestrowanym znakiem towarowym. Polega to na sprawdzeniu w rejestrze Search For Australian Surnames (SFAS), gdzie znajduje się lista wszystkich nazwisk, które występują na australijskich listach wyborczych. Popularne nazwisko nie umożliwiałoby bowiem odróżnienia towarów czy usług danego producenta.

Rejestracja nazwiska jako znaku towarowego wydaje się bardzo kusząca, należy jednak pamiętać, że może ona powodować nieliche problemy, przykładowo przy sprzedaży przedsiębiorstwa. A nawet duże i przynoszące dochody przedsiębiorstwo będzie niewiele warte, jeśli będzie pozbawione rozpoznawalnej nazwy.

czwartek, 25 sierpień 2016 14:21

Domena z końcówką

Rozszerzenia - „końcówki” - domen internetowych kojarzą się nam zazwyczaj z elementem „.com” albo swojskim „.pl”. Co ciekawe, obecnie możliwe jest tworzenie znacznie większej ilości rozszerzeń domen internetowych. Umożliwia to Internet Corporation for Assigned Names and Numbers (ICANN). Jest to to instytucja odpowiedzialna obecnie za przyznawanie nazw domen internetowych, ustalanie ich struktury oraz za ogólny nadzór nad działaniem serwerów DNS na całym świecie.

Do niedawna były dostępne 22 generyczne domeny wyższego poziomu, z których najbardziej znane to „.com”, „.net” czy „.gov”. Zdaniem ekspertów WIPO (Światowa Organizacja Własności Intelektualnej), ekspansja nazw domen internetowych może spowodować spustoszenie w obronie znaków towarowych w cyberprzestrzeni. ICANN stwierdził bowiem,  że lawinowo wzrastająca ilość użytkowników Internetu na świecie, aktualnie ponad 2 miliardy, z czego połowa z nich pochodzi z Azji. Sprawia to, że nowe nazwy domen stały się niezbędne. Organizacja chce więc udostępnić stopniowo  około 1500 rozszerzeń domen internetowych.

Zdaniem ekspertów z zakresu znaków towarowych, taka zmiana może znacznie przyczynić się do ich naruszeń. Rejestracja domeny jest bowiem błyskawiczna i nikt nie sprawdza, czy zgłaszającemu przysługuje prawo do wykorzystanego w adresie strony internetowej znaku towarowego. Ogromna ilość nowych rozszerzeń domen utrudni przedsiębiorcom weryfikację, czy nikt nie narusza prawa do ich znaku, rejestrując go jako adres internetowy.

Już niedługo przedsiębiorcy będą więc musieli weryfikować, czy ich znaki towarowe nie są przypadkiem zarejestrowane na rzecz zupełnie innego podmiotu z rozszerzeniem „.com” czy „.pl”, ale też przykładowo „.football”, .”flights”, czy „.bid”.

środa, 24 sierpień 2016 09:47

Autorskie wpadki YouTube’a

Ochrona praw autorskich jest bardzo potrzebną instytucją. Pozwala bowiem autorom przeróżnych dzieł na uzyskiwanie z nich korzyści materialnych i przeciwdziałanie naruszeniom. Nie wszystko da się bowiem objąć ochroną urzędową, poprzez rejestrację znaku towarowego, patentu, czy wzoru przemysłowego. Czasem jednak taka ochrona postrzegana jest zdecydowanie zbyt szeroko.

Przykładem na zbyt szerokie pojmowanie prawa autorskiego jest wykrywanie przez antypiracki system YouTube powszechnie znanych utworów, znajdujących się od dawna w domenie publicznej. Za przykład można tu podać kolędę „Cicha noc” jako utwór chroniony według YouTube’a prawem autorskim. Odpowiada za to system Content ID, który budzi wiele kontrowersji. Problem leży w tym, że prawa autorskie do niektórych utworów, w tym do wskazanej kolędy, dawno już wygasły, a więc stanowią już one część domeny publicznej. Nie przekonuje to jednak YouTube’a, który usuwa jako naruszenie praw autorskich nawet filmiki, w których nieprofesjonalny śpiewak wykonuje dany utwór. W jakiś czas po umieszczeniu filmiku na YouTube’ie przesyłana jest do użytkownika serwisu informacja, że swoim działaniem naruszył on prawa konkretnej wytwórni (często są to BMG, Warner/Chappell oraz Universal Music Publishing Group). Tego typu informację dostaje również rzekomy właściciel praw.

W takim przypadku właściciel rzekomych praw może postąpić na trzy sposoby: nie zareagować, wnieść o usunięcie filmu lub zacząć czerpać dochód z reklam wyświetlanych podczas jego trwania reklam. Może się więc zdarzyć, że podmiot, któremu tak naprawdę nie przysługują prawa autorskie do danego utworu, zdecyduje się w nieuczciwy sposób na to ostatnie rozwiązanie i zacznie czerpać nienależne mu korzyści.

Google uchyla się od komentowania błędów systemu wykrywania naruszeń praw autorskich w podległym mu portalu YouTube. Nie wiadomo, jak wielu tego typu przypadków potrzeba, by Google przyznało się do popełnienia błędu i nadmiernego zapału w poszukiwaniu naruszeń praw autorskich.

wtorek, 23 sierpień 2016 09:42

Znaki towarowe gwiazd sportu

22 sierpnia 2016 r. zakończyły się XXXI Letnie Igrzyska Olimpijskie w Rio de Janeiro. Przez cały czas ich trwania mogliśmy podziwiać wyczyny sportowców z różnych dyscyplin oraz kibicować ich poczynaniom. Zarówno faworytów tych sportowych rozgrywek, jak Michael Phelps, jak i nowe twarze, którym występ na Igrzyskach zapewnił start w wielkim świecie sportu, prawdopodobnie niedługo będziemy widzieć na plakatach i w reklamach. Znani sportowcy podpisują bowiem nierzadko lukratywne kontrakty, na mocy których firmują swoją twarzą produkty z różnorodnych branż.

Czasami sportowcy również sami prowadzą dodatkową, pozasportową działalność i wtedy przydają im się odpowiednie do tego narzędzia. Jednym z nich jest rejestrowanie znaków towarowych, dzięki którym pseudonimy czy charakterystyczne powiedzonka pozostają zmonopolizowane komercyjnie na rzecz ich prawowitego właściciela. Z rejestracji znaków towarowych słyną głównie sportowcy amerykańscy, choć i w Polsce nie jest to nieznana tendencja. Można tu wspomnieć choćby o jeszcze gorącym, bo ciągle do końca nierozstrzygniętym, sądowym sporze byłego boksera Dariusza „Tigera” Michalczewskiego, który walczył o swój pseudonim jako znak towarowy zarejestrowany dla napojów energetycznych.

Wykraczając poza granice Polski, można zainteresować się znakami towarowymi największych sportowych sław świata. Przykładowo, biegacz Usain Bolt posiada znaki przedstawiające jego imię i nazwisko pisane różnymi czcionkami, jak również zarejestrował frazę „Bolt to the world” wraz z rysunkiem charakterystycznej, często przez niego przyjmowanej pozy. Wspomniany wcześniej pływak Michael Phelps posiada jako znaki towarowe stylizowane logo „MP” oraz oznaczenie „Michael Phelps Swim School”. Jednym ze znaków kolarza Lance’a Armstronga jest „Livestrong”, używany przez założoną przez niego w 1997 r. charytatywną fundację. Ciekawy znak posiada koszykarz LeBron James – jest to oznaczenie „Home Court by LeBron James” zarejestrowane dla mebli. Jego kolega po fachu, Shaquille O'Neal, posiada znaki „Shaquille O'Neal All Star Comedy Jam”, „Dunkman” dla odzieży, „ShaqFu” dla książek, napojów i gier wideo oraz „Shaq Attaq” dla odzieży i obuwia. 

poniedziałek, 22 sierpień 2016 13:51

Monopol na krokodyla Cocodrillo vs Lacoste

Znaki towarowe znanych marek wyglądają bardzo różnie. Niektóre z nich to stylizowane monogramy, inne – imiona czy nazwiska projektantów, zaś marka Lacoste, znana głównie z luksusowej odzieży casualowej i sportowej, ma w znaku towarowym rozpoznawanego na całym świecie zielonego krokodyla.

W 1929 r., René Lacoste, francuski tenisista, wymyślił własną koszulkę. Grając 3 lata wcześniej w turnieju US Open założył po raz pierwszy białą koszulkę z krótkimi rękawami, szytą z francuskiej bawełny. Była ona całkowitą odmianą od panującej ówcześnie mody tenisowej. Rok po rozgrywkach amerykańska prasa nazwała Rene „the Alligator” (ang. aligator) z powodu noszonej przez niego teczki ze skóry aligatora. Przezwisko to spodobało mu się na tyle, że poprosił swojego przyjaciela, aby ten narysował projekt krokodyla, którego następnie wyhaftował na noszonych podczas meczów koszulkach. Tak powstała marka Lacoste, warta obecnie miliony dolarów.

Teraz Lacoste walczy w sprawie znaków towarowych przed Urzędem Patentowym RP. Spółka unieważnia prawo dosłownego znaku towarowego „Cocodrillo”. Jest to oznaczenie marki odzieży i obuwia dziecięcego. CDRL, właściciel znaku, posiada też znak towarowy w postaci brązowo-beżowego krokodyla. CDRL nie poddaje się jednak bez walki. Spółka w odwecie wniosła o wygaszenie na terytorium Polski znaku towarowego „Crocodile”, na którym oparty jest wniosek producenta odzieży sportowej, należącego do Lacoste, ze względu na jego nieużywanie. CDRL wskazuje, że znaki towarowe, którymi posługują się obie spółki, przeznaczone są do oznaczania odmiennych asortymentów towarów, a ponadto posiadają dostateczną zdolność odróżniającą i nie wprowadzają odbiorców w błąd co do pochodzenia oznaczonych nimi towarów. Lacoste i CDRL prowadzą obecnie negocjacje, więc być może spór zostanie zakończony ugodowo.

piątek, 19 sierpień 2016 08:33

Farbowane znaki towarowe

15 maja 2006 r. spółka Materis Paints Italia SpA (wówczas Materis Coatings Italia SpA) dokonała w Urzędzie Unii Europejskiej ds. Własności Intelektualnej (EUIPO) zgłoszenia unijnego znaku towarowego CALCILITE, głównie dla farb lakierów i powłok. Przeciwko rejestracji został wniesiony sprzeciw przez Alpha Calcit Füllstoffgesellschaft mbH. Oznaczenie zostało jednak zarejestrowane, w związku z czym do EUIPO trafił wniosek o jego unieważnienie, na podstawie wcześniejszego znaku Calcilit.

Izba Odwoławcza stwierdziła, że dowód rzeczywistego używania wcześniejszego znaku towarowego Calcilit został przedstawiony wyłącznie w odniesieniu do CCCMC, należącego do klasy 1, i nie dotyczył towaru „marmur w postaci granulek, odłamków i proszku”, należącego do klasy 19. Jeżeli chodzi o porównanie miedzy krystalicznym węglanem wapnia służącym jako materiał wypełniający (CCCMC) a towarami oznaczonymi zakwestionowanym znakiem towarowym, Izba Odwoławcza stwierdziła, że towary te nie są podobne. Sprawa trafiła finalnie przed Sąd UE, który w lipcu 2016r. wydał wyrok.

Skarżąca spółka podnosiła, że Izba Odwoławcza błędnie stwierdziła, iż brak jest podobieństwa między CCCMC a oznaczonymi zakwestionowanym znakiem towarami takimi jak: „farby, pokosty, lakiery; środki zabezpieczające przed rdzą i przed psuciem się drewna; barwniki; bejce; żywice naturalne w stanie surowym” i „powłoki”.

Zgodnie z utrwalonym orzecznictwem prawdopodobieństwo wprowadzenia w błąd istnieje, jeśli krąg odbiorców może uznać, że dane towary lub usługi pochodzą z tego samego przedsiębiorstwa lub z przedsiębiorstw powiązanych gospodarczo. W niniejszej sprawie nie zostało zakwestionowane, że odbiorcy profesjonalni, a zwłaszcza odbiorcy profesjonalni z branży przemysłowej, stanowią jako jedyni krąg odbiorców mogących wykorzystywać towar oznaczony wcześniejszym znakiem towarowym, a mianowicie CCCMC. Jak wynika z nazwy tego towaru, a także z argumentów stron, CCCMC jest produktem wykorzystywanym jako materiał wypełniający w produkcji licznych towarów, w szczególności towarów z tworzyw sztucznych, z papieru, a także pokryć, farb, powłok.

Sąd uznał, że nie można w sposób poważny kwestionować, że żywice naturalne w stanie surowym i CCCMC stanową towary bardzo odmienne pod względem ich charakteru i celu. Nie są one w żaden sposób wobec siebie konkurencyjne. Zważywszy na powyższe, podniesiona przez skarżącą okoliczność, że ci sami odbiorcy wykorzystują omawiane towary do wytwarzania tego samego produktu, a mianowicie klejów, nie może uzasadniać stwierdzenia ich podobieństwa. Właściwy krąg odbiorców, składający się z odbiorców profesjonalnych z branży przemysłowej, bez trudu dostrzeże, że owe towary, nawet jeśli są wykorzystywane w ich działalności przemysłowej polegającej na produkcji klejów, wciąż pozostają towarami bardzo odmiennymi. Skarga została częściowo oddalona.

czwartek, 18 sierpień 2016 09:20

Nazwa geograficzna w znaku towarowym

19 sierpnia 2002 r. spółka Internet Consulting GmbH dokonała w Urzędzie Unii Europejskiej ds. Własności Intelektualnej (EUIPO) zgłoszenia unijnego znaku towarowego SUEDTIROL. Znak towarowy został zarejestrowany 16 grudnia 2011 r. 3 stycznia 2012 r. Provincia Autonoma di Bolzano‑Alto Adige (autonomiczna prowincja Bolzano-Górna Adyga, Włochy), wniosła o stwierdzenie nieważności prawa do spornego znaku towarowego, w odniesieniu do wszystkich oznaczonych tym znakiem usług, ponieważ sporny znak towarowy jest oznaczeniem pochodzenia geograficznego wskazującym autonomiczny region Trydentu‑Górnej Adygi/Tyrolu Południowego, znajdujący się w północnych Włoszech. Decyzją z 15 lutego 2013 r. Wydział Unieważnień oddalił wniosek o unieważnienie prawa do spornego znaku towarowego.

Sprawa trafiła przed Sąd Unii Europejskiej, który wydał wyrok pod koniec lipca 2016 r. Sąd przypomniał, że z rejestracji jako znak towarowy wyłączone są nazwy geograficzne w wypadku, gdy oznaczają one określone obszary geograficzne, które z powodu danej kategorii towarów cieszą się już uznaniem lub są z niej znane i w konsekwencji w zainteresowanych kręgach wykazują z nią związek oraz nazwy geograficzne, które mogą być używane przez przedsiębiorstwa i muszą pozostawać także dla nich dostępne jako oznaczenia pochodzenia geograficznego danej kategorii towarów lub usług. Należy jednakże wskazać, iż co do zasady rozporządzenia nr 207/2009 nie stoi na przeszkodzie rejestracji nazw geograficznych, które nie są znane w zainteresowanych kręgach lub przynajmniej nie są znane jako oznaczenie obszaru geograficznego, ani nazw, odnośnie do których – ze względu na cechy wskazanego miejsca – nie jest prawdopodobne, aby zainteresowane kręgi mogły uznać, że dana kategoria towarów lub usług pochodzi z tego miejsca. (

Sporny znak towarowy jest bowiem słownym oznaczeniem SUEDTIROL, które może być zrozumiane przez włoskich odbiorców i przez odbiorców niemieckojęzycznych w Unii. Termin „suedtirol” i niemiecki termin „südtirol”, używany w celu identyfikacji regionu Tyrolu Południowego, są równoważne, ponieważ pierwszy termin zawiera dyftong zastępujący zwykle literę „ü” niemieckiego alfabetu. Po drugie, niektóre oznaczone spornym znakiem towarowym usługi – a mianowicie usługi zarządzania w działalności gospodarczej, administrowania działalności gospodarczej, prace biurowe, usługi naukowe i technologiczne, usługi w zakresie analizy i badań przemysłowych, projektowanie i opracowywanie sprzętu i oprogramowania komputerowego – są przeznaczone dla przedsiębiorstw prowadzących działalność w jakimkolwiek sektorze gospodarki i będących wyspecjalizowanym konsumentem. W tym względzie należy przypomnieć, że mimo, iż można stwierdzić, że usługi te skierowane są także do przedsiębiorców indywidualnych, ci ostatni powinni także być postrzegani jako profesjonaliści i zatem jako będący częścią wyspecjalizowanych odbiorców. Co się tyczy usług prawnych oraz pakowania i składowania towarów, usługi te są przeznaczone dla przeciętnego konsumenta i dla wyspecjalizowanego konsumenta. Największa część właściwego kręgu odbiorców składa się zatem z bardziej uważnych odbiorców. Skarga została oddalona. 

środa, 17 sierpień 2016 08:06

Małpi biznes, małpie selfie.

Nikt nie ma wątpliwości – twierdzi tak w końcu wprost ustawa o prawie autorskim – że prawa do utworu przysługują jego twórcy. W związku z tym, prawa do bardzo popularnego w ostatnich latach rodzaju zdjęciowego autoportretu, publikowanego często na portalach społecznościowych – selfie - powinny przysługiwać osobie na nim widocznej. Co jednak należy zrobić, kiedy selfie profesjonalnym aparatem zrobi sobie… małpa?

Taki problem dotyczący praw autorskich do zdjęcia rozpatrywał na początku tego roku amerykański sąd w San Francisco. W sprawie chodziło o fotografię, która powstała w 2011 r. w Indonezji, kiedy to przebywający tam fotograf David Slater na chwilę utracił swój aparat, który pożyczył sobie przechadzający się obok makak. Co najciekawsze, naciskając spust aparatu małpa zrobiła sobie całkiem udatne zdjęcie. Fotografia przedstawiająca pysk makaka z wyszczerzonymi w uśmiechu zębami obiegła wówczas cały świat. Została na również umieszczona w Wikipedii, co nie spodobało się Slaterowi. Fotograf zażądał usunięcia zdjęcia ze strony. Zarządzająca Wikipedią Fundacja Wikimedia uznała jednak, że prawa autorskie do zdjęcia nie należą do fotografa, ale do autora - małpy i odmówiła usunięcia fotografii.

Monkey selfieSlater wskazywał jednak, że skoro wykorzystany przez makaka aparat należał do niego i to on przygotował go do robienia zdjęć, to prawa autorskie są jego. Wtedy do sprawy włączyła się organizacja PETA, dbająca o prawa zwierząt (jak widać – o prawa własności intelektualnej również). Wniosła ona pozew do sądu o stwierdzenie autorstwa zdjęcia, oczywiście licząc, ze zostanie ono przyznane zaskakująco utalentowanej małpce. Sąd w wydanym w styczniu 2016 r. wyroku uznał jednak, że prawa autorskie należą do fotografa, ponieważ nie rozciągają się one na zwierzęta.

Teraz, w sierpniu 2016 r. broniąca praw zwierząt organizacja postanowiła odwołać się od wyroku do odpowiednika Sądu Najwyższego. Choć na pierwszy rzut oka spór ten wydaje się absurdalny, to jednak z punktu widzenia własności przemysłowej jest on bardzo ciekawy, szczególnie, że zagadnienie będące jego przedmiotem nie dotyczy zdjęć. Podobne dywagacje można by prowadzić również odnośnie do obrazów przypominających przykłady sztuki nowoczesnej, a malowanych przez małpy czy słonie, którym ich opiekunowie dostarczają przybory malarskie.

Foto: /Slater /Naruto /Elle /Creative Commons

wtorek, 16 sierpień 2016 12:29

Moda na znaki towarowe

Hasło „znak towarowy” wielu osobom kojarzy się głównie bądź to z nazwa samego przedsiębiorcy, bądź z nazwami oferowanych przez niego produktów. Czasami jednak przedsiębiorcy, w szczególności zajmujący się projektowaniem - na przykład przedmiotów związanych z modą - starają się zarejestrować jako znaki towarowe również najbardziej charakterystyczne cechy swoich projektów. Udaje im się to z mniejszym lub większym powodzeniem.

 Jakiś czas temu głośno było o usiłowaniach Christiana Louboutin, znanego z tworzenia niebotycznie wysokich butów obcasie, będących przedmiotem pożądania niejednej gwiazdy, dokonania rejestracji jako znaku towarowego charakterystycznych czerwonych podeszw projektowanych przez niego butów. Znak ten został później użyty jako argument w sporze pomiędzy projektantem a domem mody Yves Saint Laurent, który także oferował kilka modeli butów z czerwoną podeszwą. YSL bronił się twierdzeniem, że czerwona podeszwa jako znak towarowy nie ma wystarczającego stopnia charakteru odróżniającego. Sąd rozstrzygający sprawę uznał jednak, że czerwona podeszwa zarezerwowana jest dla towarów Christiana Louboutin, z wyjątkiem butów w jednolitym kolorze czerwonym, gdyż w tym przypadku zbytnio zlewa się ona z resztą buta i nie wyróżnia go w taki sposób, w jaki powinien to robić znak towarowy.

Innym przykładem takich działań może być spółka Levi Strauss & Co oferująca jeansy pod marką Levi’s. Zarejestrowała ona na swoja rzecz przedstawienie naszywki ze skóry, umieszczanej na kieszeni spodni, o konkretnym wyglądzie. Luksusowa marka Hermes International również zarejestrowała element jej produktów jako znak towarowy – jest to charakterystyczna sprzączka używana w torebkach i paskach marki Hermes.

Jak widać, marki modowe chronią swoje oznaczenia i charakterystyczne projekty jak tylko mogą. Niestety, walka z podróbkami zalewającymi rynek to - jak do tej pory - syzyfowa praca, nawet pomimo prawnych obostrzeń.

Strona 1 z 100